czwartek, 13 grudnia 2012

Bombonierka


Przedszkole to taka bombonierka pełna czekoladek – niby każda taka sama, ale w środku trudno znaleźć takie same wnętrze.
Na przykład Isaac – ukochana perełka! Jak powiedział tato Isaaca i co powtarza wciąż Mathias – 
“ to dziecko to cud, Isaac jest cudem”. Jako maluch wpadł do wielkiego naczynia z wrzątkiem - to wydarzenie pozostawiło na nim liczne blizny, na ciele i duszy. Jest opóźniony i przeuroczy. Sprawia ogromne problemy przedszkolankom, które przerasta praca z tak specjalnym dzieckiem.

Chimba Chimba na początku mojej przygody z “Laurą” (naszym przedszkolem), był jak tornado. Skakał po stolikach, pustoszył wszystko co spotkał na drodze. Nikt nie chciał znaleźć się na tej ścieżce. Pot, krew i łzy.  Ja ukochałam sobie tego łobuza. Teraz jest cudownym, niezwykle bystrym czterolatkiem. Czasem włącza mu się jeszcze huraganowy napęd, ale nikt nie potrafi tak przytulić i rozczulić mnie jak Chimba ;)

Kaseketi to bystrzak jakich mało. Niesamowita dziewczynka o miniaturowych rozmiarach;)
Maureen to urocza księżniczka, Gift – takie małe “rozmowy w toku”, niezamykająca się buźka ;)
Rozbójnik Kelvin, Innocent który skradł mi buziaka, w same usta!:P Mubanga – kochana przylepka uwielbiająca memo, Rhoda – kłaniająca się piękność z miną spryciarza który coś zmajstrował;) Humphrey i Anthony – nierozłączny duet inteligentnych łobuzów, Gabi – rozbraja mnie swym uśmiechem, Kalep – maluch z miną gangstera, Faith – najpiękniejsze oczy w Pre-School
Agi, Mwila, Leya, Tukiya -  zastęp pupilek z najstarszej klasy....i można by było tak bez końca!

W przedszkolu jest ponad 100 dzieci. Na początku były dla mnie gromadą czekoladowych buzi. Krok po kroku próbowałam każdej czekoladki z bombonierki. Teraz znam już wszystkie smaki i rozkoszuję się widokiem czystej słodyczy. Podczas przerwy wybiegają z “pudełka” i czekoladowa radość rozpływa się po całym przedszkolnym podwórku czyniąc brązowym także moje serce ;)


Wołanie o miłość



Dzieci i młodzież – to one wypełniają każdy mój zambijski dzień. Od rana do wieczora. 
Obserwuję ich uśmiechy, kroki, hulańce. Ich oczy pełne uczuć, ich rączki mówiące więcej niż słowa, ich reakcje na moje zachowanie, ich radość, ich ból.
Widzę przede wszystkim jak wołają o garść zainteresowania, o szczyptę miłości.
Oczy codziennie krzyczą : “Przytul mnie! Tylko mnie... Opatrz moją dawno zagojoną ranę, choć dotknij...pogłaskaj główkę. Pocałuj w czoło. Pozdrów mnie i krzyknij moje imię, pokaż, że mnie znasz...”
Skaczą, oblepiając mnie całą. Szczypią mą śmieszą, białą skórę, by znów zobaczyć jak zmienia kolor na czerwony. Wyrywają resztki włosów. Wystawiają mą cierpliwość na próbę. Czasem przychodzi zniechęcenie a nawet bunt. Nieraz po prostu braknie sił, przychodzi ochota, by nie robić już nic więcej, by po prostu się poobijać. W trakcie tych kilku godzin w oratorium moje emocje zmieniają się wiele razy. Ale wieczorem gdy w myślach patrzę na moje pociechy, to dziękuję Bogu za każdego z Nich.
Gdy wyciągają rączki i głośno domagają się swego, lub w cichym szepcie proszą o wzięcie je w ramiona, gdy z wielkim namaszczeniem głaskają moje ciało które pozwoliło im się do siebie zbliżyć, gdy wpatrują się tymi wielkimi oczami pełnymi nadziei, widzę, jak bardzo potrzebują miłości. Jak wielkie znaczenie ma dla nich moja zwykła obecność. Nie wielkie planowanie kolejnych zawodów lub sposobu, by móc pokazać im dawno obiecany film. Po prostu obecność i pozwolenie by stali się częścią mojego świata. Byśmy nie siedzieli obok siebie, ale razem. By poczuli się bezpiecznie, jak u siebie. Myślę, że te drzewa pod którymi siedzimy i prowadzimy długie rozmowy to naprawdę nasz dom. Dla każdego z nas.

Niedawno moim cieniem stał się Mattew – mały szkrab, zawsze w tej samej czerwonej, falnelowej koszuli. Dzieci często chodzą za nami krok w krok, przybiegają pod nasz dom i pytają o cukierki. 
Gdy zobaczyłam Mattew jak biegł za mną w stronę domku wolontariuszy zapytałam czego potrzebuje. W odpowiedzi szept: Niwebo...(Ciebie) i wielkie oczy wpatrzone w mą twarz (Mattew to chłopiec z uniesioną rączką ze zdjęcia).


wtorek, 19 czerwca 2012

Pod czujnym okiem drzewa

Gdzie w Mansie czuję się najlepiej? Zdecydowanie pod drzewami! Mango, z którego jeszcze zielone owoce w błyskawicznym tempie pałaszowane były przez dzieciaki. I Mituntula, której żółte, rozchlapujące się wszędzie owoce doprowadzały mnie do szewskiej pasji.
Gdy nagle zniknęły (po rozpoczęciu się pory deszczowej), przyszła moja wielka tęsknota za małą, żółtą kulką.
Po wielkich pniach tych drzew biegają rozmaite jaszczurki, małe insekty i uroczy kameleon - nie wiedzieć czemu budzący wielki postrach wśród Zambijczyków.
Zielone czupryny dumnie przyglądają się parafianom, licznie przybywającym na plac przykościelny.
Rozłożyste gałęzie rzucają cień na wszędobylski piach, potężne pnie tworzą szpalery w naturalny sposób dzielące plac na konkretne rejony.
Moja miłość do tych drzew rodzi się z tęsknoty na lasem? Za podmiędzyrzeckim Dubiczem, do którego mój rower znał drogę na pamięć? Może w jakimś procencie tak, ale kocham te drzewa bo stały się moim domem. Pod nimi codziennie rozgrywa się teatr pod tytułem Junior
Oratory. To dzieci wspinające się po Mango, potykające się o wielkie korzenie i zawiązujące linę do gry na Mituntuli sprawiają, że każdy listek zaczyna się uśmiechać.
Drzewa znają setki twarzy przychodzących grać pod ich gałęziami, znają głosiki krzyczące podczas zawodów, słysząc płacz rozpoznają kto tym razem się przewrócił.

Codziennie rozpoczynamy nasze oratorium dowolnymi zabawami a potem
każdego dnia dzieje się coś specjalnego.







Zebra

Czasem zapominam że jestem biała. 
Gdy zobaczę gdzieś białą postać zachowuje się prawie jak wioskowe
dzieciaki - chce mi się krzyczeć: Musungu i biec w jego stronę. 
Gdy temperatura spada do 25 stopni, ubieram polar. 
Bemba - coraz więcej rozumiem, coraz więcej mówię. 
Zdarza się nawet, że myślę po angielsku...
Coraz częściej widzę, że minęło już trochę czasu od mojego przyjazdu. Przyjaciele z Mansy śmieją się, że nie puszczą mnie do Polski - "Ty jesteś zambian!"

Tak, jest wiele rzeczy które w Zambii pokochałam. Mnóstwo elementów tutejszego stylu życia, kultury, które chętnie przeniosłabym do Polski.
Jednak w wielu sytuacjach nie sposób się odnaleźć. Mimo mojej specyficznej natury jestem jednak Europejką i nie wyrzeknę się białej skóry, mojego systemu wartości, tradycji, mentalności i sposobu życia.
Jestem musungu i tak już zostanie.

Choć serce jest już biało - czarne...



wtorek, 29 maja 2012

PRASÓWKA


"Our first task in approaching
another people,
another culture,
another religion,
   is to take off our schoes
for the place we are approching is
holy
else we find ourselves treading
on another's dream;
more serious still, we may forget that
God was there before our arrival
and will continue to be there after
we are gone."


Anonymous


***


Junior Oratory
Chappi nie płacze już tak często, Beniemu wygoiła się ogromna rana po
oparzeniu na szyi a chłopcy z Dominica toczą wojny z Laurowymi
maluchami o dmuchaną, plażową piłkę.
Liderzy zajęci szkołą i innymi obowiązkami nie przychodzą już tak
często i licznie, siostra Christabell (opiekunka oratorium) wyjechała
na inną placówkę a dziewczyny z Austrii wróciły do domu - niewielu
pozostało na placu boju z wielką oratoryjną gromadą.
W Wielkim Tygodniu przyszedł pod drzewa gość specjalny - ks. Michał.
Pobłogosławił krzyżyki i medaliki które zawisły na szyjach
czekoladowych szkrabów. Niespotykane zbyt często w oratorium cisza i
skupienie świadczyły, że wydarzenie było dla nich wyjątkowe.
Dzieci chwaliły się swoimi połyskującymi dewocjonaliami. W ten sposób
oratorium zostało zamknięte na dwa wakacyjne tygodnie.
Otwarcie było huczne. Stęsknione dzieciaki i stęsknieni wolontariusze;)

Laura pre - school
Po kwietniowych wakacjach, na początku maja przedszkole znów wypełniło
się niezwykle liczną grupą maluchów. Baby Class w tym roku to
naprawdę baby (są nawet dwulatki!), liczba dzieciaków w Senior Class
rosła i rosła przerażając teacher Charity & teacher Matiasa, w Middle
Class powstał obóz przetrwania dla nauczycielek: wszystkie największe
przedszkolne łobuziaki znalazły się w tych samych czterech kątach.
Po kilku dniach od otwarcia szkoły rozpoczęło się szaleństwo.
Dyrektorka przedszkola - s. Godelieve postanowiła przemieszać dzieci
między klasami, by zrobić porządek w metryczkach. Dzieci zostały
dobrane wiekowo, co z tego wynikło? - powstanie kolejnej klasy która
"zamieszkała" w holu Basic school!:))

Dominic, Mazzarello, Mary Help of Christians
Maj to, podobnie jak styczeń, salezjański miesiąc. Szczególnie ważny
na placówkach siostrzanych - w maju bowiem, tuż po dniu niezwykłego
chłopca - Dominica Savio, dwie Marie mają swe święta - założycielka
salezjanek - Maria Mazarello i ich matka - Maryja Wspomożycielka.
Jak się można domyślić szaleństwo trwało;)
W dziecięcym oratorium o Dominicu Savio śpiewająco opowiedział kleryk
Simba a najstarsze dzieciaki przedstawiły dramę. Święto Marii
Mazarello i Maryji Wspomożycielki zostało połączone. Dzieci
zgromadzone pod figurą Maryji pilnie słuchały słów salezjanki - s.
Zosi a potem pałaszowały popcorn i cukierki.
W szkole, przedszkolu i szkole krawieckiej był jeden szczególny dzień
świętowania - msza, popisy talentów i wspólny lunch dla wszystkich!:))
Radość nie z tej ziemi (nie wspominając, że tańce miały miejsce przed
domem wolontariuszy!:D).
Młodzież w Youth Centre świętowała następnego dnia. Taneczno -
sportowe szaleństwo (a był to też dzień wolności Afryki;D).

Sport
Mansowy pierwszoligowiec - Zesco po serii porażek znów nie pokazał
dobrego footballu, tracąc w ostatnim meczu dziesięć bramek.
Niestety, w ślady kolegów poszli drugoligowi piłkarze Don Bosco,
przegrywając 0-2 z żołnierzami z Zambian National Service. Za to
przyjacielski mecz netbollerek* Don Bosco z ZNS został pięknie
wygrany.
W Youth Centre rozegrano turniej koszykarski. Drużyny z Mansy, Luwingu
i Kasamy rywalizowały cały dzień i mimo, że faworytem byli zawodnicy z
Mansa Club, koszykarze Don Bosco zwyciężyli.

 Pogoda
Pora deszczowa odeszła w inne miejsca na świecie, w Zambii
pozostawiając jeszcze kilka zielonych listków na drzewach. Słońce
ucieka na północną półkulę czyniąc poranki i wieczory niezwykle zimne
(polar to już za mało!). W trakcie dnia, gdy słonce uśmiecha się
promiennie, nie można jednak zapomnieć o kremie z filtrem. Pora zimna
zbliża się wielkimi krokami, także czapki, szaliki i rękawiczki
przygotowuje się teraz w zambijskich domach.

Ktokolwiek widział...
Dwóch śmiałków stanęło do rywalizacji o rękę wolontariuszki Alice.
Kłótnia pomiędzy Zambijczykiem i jego kolegą z Zimbabwe miała miejsce
w Don Bosco Youth Centre. Alice rozwiązała spór rzucając śmiałkom
wyzwanie: kto pierwszy dostarczy jej porcję lodów czekoladowych od
Lenkiewicza z Torunia, może ubiegać się o miano jej przyszłego męża;D.
Jeśli ktoś zobaczy Afrykańczyka przechadzającego się starówką w
poszukiwaniu Lenkiewicza, oznacza to że Alice nie wraca do Polski:P


* Netball - jeszcze nie miałam okazji napisać czegoś więcej o tym
sporcie, niezwykle popularnym wśród zambijskich dziewcząt. Na pierwszy
rzut oka, gra podobna do koszykówki. Różni się jednak znacznie.
Mnóstwo skoków, żadnego kozłowania, zbędnych kroków. Punkty uzyskuje
się po rzucie do obręczy (jak w koszykówce - tylko bez tarczy).

wtorek, 17 kwietnia 2012

Nashukuka! Alleluia!

Byłam w Jerozolimie. Długie zielone gałązki skrzyły się w promieniach słońca.
Wszędzie okrzyki Hosanna! A w tle radosny szelest palm. Maszerowaliśmy
ze śpiewem na ustach, w dłoniach podskakujące palmy a w sercu żywa
radość. Powitaliśmy 'Bayete Nkosi' - Króla Królów!

Byłam na wieczerzy. Dwunastu czarnych apostołów i woda spływająca po
bosych nogach.
Łamanie chleba, rozlewanie wina. Wielka wspólnota pogrążona w ciszy.
Potem trud czuwania i modlitwy w wieczerniku.

Byłam na golgocie. Żar lał się z nieba, pył nie pytając wdzierał się w
oczy. Nieokiełznany tłum napierał z każdej strony. Płacz, śmiech,
szyderstwo i współczucie. Im więcej upadków, ran, poniżeń tym większe
salwy śmiechu. Żołnierze zdzierający pokrwawione szaty Chrystusa i ból
wbijanych gwoździ. Tak okropnie namacalny. Tak samo jak śmierć...

Byłam przy grobie. Dwóch żołnierzy z przerażeniem uciekło. Krzyk Marii
Magdaleny. Tupot Jana i szybkie kroki Piotra. Byli tuż przy mnie. A za
chwilę już ON.
Nashukuka icine cine! - Zmartwychwstał prawdziwie!

Walka

Kto ma odwagę powiedzieć: Tak mnie skrusz, tak mnie złam tak mnie
wypal Panie? Kto ma odwagę powierzyć swoją drogę Temu, który prowadzi
Cię do życia przez Golgotę? Kto ma odwagę zaufać? Tak bezgranicznie,
tak misyjnie...

Od września, przez całe moje mansowe życie, powtarzam w myślach
powyższy wers. W czasie wielkopostnych nocy, przy blasku świec i
cichym szeleście łez, odkrywam sens. Na nowo.

Czego uczy mnie mój zambijski Wielki Post? Tego, że moje zmęczenie,
frustracja i myśli skłaniające jedynie na powrót do łóżka, nie mogą
wygrać z miłością do bliźniego. Nieważne jak bardzo się nie chce, jak
wiele razy się upada.
Mój Wielki Post to walka o przeźroczystość, o nową jakość miłości.
Codziennie toczę bitwy, by nie pozwolić zmęczeniu aby stało się
usprawiedliwieniem niecierpliwości. By uśmiech nieustannie zapalał
iskry w sercach. By stać się jak Jezus, który na swej krzyżowej
drodze zapominał o sobie. On pocieszał niewiasty i powierzał Matce
syna.
Czy jest łatwo?
Nie, gdy pojawia się krzyż, a potem kolejny. Gdy ON kruszy, łamie i
przyciąga na nowo do siebie.
Upadek, powstanie, upadek... Nieważne czy to raz trzeci czy setny.
Ważne jak się powstaje.

...byś został tylko Ty...